Warszawski tygodnik „Kłosy” w numerze 579 z 1876 roku (datowanym na 22 lipca według kalendarza obowiązującego wówczas w Cesarstwie Rosyjskim, czyli 3 sierpnia), umieścił artykuł Włodzimierza Podgórskiego ze szczegółowym opisem pokoju Aleksandra Fredry.
Artykuł w “Kłosach” zawiera szczegółowy opis wyposażenia pokoju i szkic sytuacyjny tak jak go widział autor tuż po śmierci Fredry.
W tym pokoju Aleksander Fredro umarł 15 lipca 1876 roku.

W tym samym okresie, pokoju został sfotografowany przez Edwarda Trzemeskiego. Do naszych czasów zachowały się jednak tylko dwie reprodukcje tych zdjęć, publikowane w „Kłosach” 1876, nr 582 (z 12 sierpnia, czyli 24 według współczesnego kalendarza) jako drzeworyty autorstwa Andrzeja Zajkowskiego (według rysunku podpisanego monogramem M.K.).
Dodać obie reprodukcje udostępnione przez Maćka !!!

Ponad to w „Tygodniku Ilustrowanym” 1876, nr 101 (drzeworyt Juliana Schüblera według rysunku Bronisława Podbielskiego),
Wymienić na reprodukcję od Maćka !!!

Wycinek z Tygodnika Ilustrowanego 1876 (2) 101
oraz jako dwa zdjęcia we wspomnieniach pt. “Niegdyś …” z 1927 roku, Wydawnictwo ZNO, autorstwa wnuczki – Marii z Fredrów Szembekowej.
Dodać dwa zdjęcia !!!
Powyższe materiały ikonograficzne stały się podstawą wirtualnej rekonstrukcji cyfrowej, którą właśnie zwiedzamy.
„Dworek Dziadostwa był rzeczywiście rodzajem oazy wśród lwowskiego towarzystwa – poziom bowiem umysłowy i moralny tego ostatniego był z nielicznymi wyjątkami wybitnie terre à terre [przyziemny]. Wśród nieustannych trosk i niepokojów Babci, splinów Dziadzia, a wiecznie niedomagającego stanu zdrowia obojga, częściej w ich domu panował smutek i przygnębienie, niż wesołość, ale salon Dziadostwa przy całej swojej wielkiej prostocie należał do wyższego typu, do wielkiego świata w prawdziwym i dobrym znaczeniu tego pojęcia.
Treścią rozmów nie były tu plotki i małomiasteczkowe obmowy, nie panowała w nim płaska ambicja “fanaberii” i zadawania szyku ze smutnym orszakiem gonitwy coûte que coûte [za wszelką cenę] za pieniądzmi, łapanie synekur, robienie etycznie wątpliwych interesów etc. etc. Nie uprawiano tu karierowiczostwa austriacko-galicyjskiego. “Szambelańskie” dusze, tak zw. wówczas “schwarzgelbery” stanowili klan osobny, raczej nieprzyjaźnie do “Fredropola” się odnoszący. Ale z drugiej strony nie goniono na Chorążczyźnie i za popularnością, nie czyniono tego, co dziś niestety czyni tyle wybitnych i jednostek, i rodzin, ze płyną z prądem opinii publicznej nawet wbrew własnemu lepszemu przekonaniu, byle się “królowej opinii”nie narazić. Na to wszystko były progi “dworku” o wiele za wysokie.
Przez salon na Chorążczyźnie przesuwało się wszystko, co było wybitnym w ówczesnej Polsce, a co okolicznościowo we Lwowie gościło. Za pierwszym razem ściągała przejezdnego sława literacka Dziadzia, lecz powracał on potem pod gościnny dach dworku już także pod wpływem uroku, jaki wywierała cała atmosfera tego domu. Aleksandrowie Fredrowie stali na uboczu wszelkich walk chwili, a jednak z werwą młodości utrzymywali kontakt i interesowali się wszystkim, co stanowiło polityczny, społeczny, literacki i artystyczny ruch szerokiego świata. Interes ich był tym gorętszy, im ściślejszy związek wydarzenia na wielkiej arenie życia mogły mieć z losami Ojczyzny. Patriotyzm ich był du meilleur aloi [najlepszego gatunku], prawdziwie z epoki napoleońskiej. Nienawidził paradowania frazesami, cenił tylko rozumny i silny czyn; i do takiego czynu zawsze był gotowy. Surowy kodeks rycerskiego honoru i zasada noblesse oblige były regułą , która do wszelkich spraw prywatnego i publicznego życia stosowano. Ostro sądzono czyny i kierunki tym regułom przeciwne, ale w sądzeniu ludzi zawsze kierowano się życzliwością. Mimo wrodzonego dowcipu nigdy nie tylko nie szarpano czci ludzkiej, lecz każdej złośliwości wobec drugich się wystrzegano.
Takim był dworek na Chorążczyźnie, takim nas go w tradycji znać, kochać i pamiętać nauczono”.
[………., 1856; Fredro i fredrusie s. 29 i 30]