
Na Chorążczyźnie we Lwowie, pierwotnie przy ulicy św. Mikołaja, pod miejskim numerem ewidencyjnym 463 stał dom w którym Aleksander Fredro spędził ostatnie 21 lat swojego życia. Autor Zemsty nabył tę nieruchomość 10 lipca 1847 roku za dwadzieścia tysięcy florenów. Początkowo dom nie nadawał się do zamieszkania ze względu na konieczność gruntownych remontów. Wreszcie w grudniu 1849 roku Fredrowie wynajęli go swojej siostrzenicy a zarazem bratanicy, Zofii z Jabłonowskich Starowieyskiej, a sami wyemigrowali na blisko 6 lat do Paryża. Po powrocie z Francji, w 1855 roku, zamieszkali w nim już na stałe, z rzadka tylko odwiedzając swój dawny dwór i majątek w Beńkowej Wiszni.
Od 1871 roku, po uchwale rady miejskiej Lwowa zmieniającej wiele nazw ulic i numerów domów, dom ten znalazł się przy ulicy Fredry pod numerem 3 (obecnie nadal ulica Aleksandra Fredry [ukr. Александра Фредра]). Aleksander Fredro był ogromnie niezadowolony, a nawet zirytowany, że kazano mu mieszkań przy ulicy noszącej jego imię i nazwisko, o czym pisze w wydanych w 1927 roku wspomnieniach pt Niegdyś …, jego wnuczka Maria z Fredrów Szembekowa.
Kiedy w radzie miejskiej zapadła uchwała nadania ulicy naszej nazwy “Fredry”, domowy nasz lekarz a zarazem długoletni przyjaciel rodziny, dr. Maciejowski, przyszedł nam to oznajmić. Wiedząc, jak bardzo dziadkowi wszelkie hołdy i zaszczyty były wstrętne, prosiła babka usilnie, aby o tem przed nim nie wspominał, dopóki go sama, stopniowo, jako do przykrej wiadomości, nie przygotuje. Tak się też stało, a wynikiem sprawy, według przewidywania babki, była wielka irytacja i bardzo zły humor u dziadka.
Później, prócz samego faktu, gniewała go również wadliwa, jak twierdził, deklinacja nazwiska; zdaniem jego należało je odmieniać według utartej pisowni dawnych kronik “Fredra” a nie “Fredry”. Na własne uszy to słyszałam; to prawda, niektórych reguł gramatycznych do końca życia nie uznawał i nie przestrzegał.

A w innym miejscu tych samych wspomnień czytamy:
Rozkład pokoi był następujący. Na piętrze duży dawny salon, na trzy części podzielony, był naszym pokojem dziecinnym, następnie moim i mojej nauczycielki; obok, od strony ogrodu, był pokój jadalny, dalej bawialny, przyozdobiony portretami i obrazami roboty ciotki Szeptyckiej, ale rzadko i tylko do przyjmowania ceremonialnych wizyt używany — potem rodzaj przedpokoiku, w którym stały szafy z konfiturami i gdzie Adela robiła kawę — w końcu szereg ten pokoi zamykała obszerna, jasna, sypialnia mojej babki. Stały w niej dwa łóżka, staroświeckie wygodne meble, duże biurko, krosna, na ścianach wisiały obrazy, fotografje i rysunki. Był to niezaprzeczenie najmilszy pokój z całego domu. Obok niego, od strony zajazdu, tam, gdzie teraz wmurowana jest tablica pamiątkowa, był pokój mojego dziada, dziś podobno, jak wszystko w starym dworku, do niepoznania zmieniony i na dwoje przedzielony. Przesiadywaliśmy w nim dużo, zwłaszcza gdy dziadek był chory lub w ostatnich latach swego życia, gdy łóżka już nie opuszczał. Na parterze mieściły się mieszkania mego ojca, brata, Adeli i gościnny, tak zwany salonik, który zwykle wujostwo Szeptyccy podczas swego pobytu we Lwowie zajmowali. Z dwóch stron dworku okalał go ogród, częściowo na sad obrócony, a który nam się olbrzymim wydawał. Olbrzymim oczywiście nie był, ale jak na ogród w mieście, był duży i ładny. Na owalnym trawniku, rozpościerającym się przed markizą, kwitły same śliczne róże, otaczające go grzędy pełne były pachnących, dziś już niemodnych kwiatów, jak lewkonji, werweny, goździków i rezedy, pielęgnowanych ręką babki, która namiętnie ogród lubiła. — Tło trawnika tworzyły gęste klomby bzu i jaśminu, odgradzające tę część ogrodu od drugiej, rodzaju wirydarza. Tam rosły wyborne gatunki poziomek i truskawek, agrest, porzeczki i maliny, do których rwania babka często pomocy naszej wzywała.
Od strony zachodniej ciągnął się cienisty sad pełen szlachetnych grusz i jabłoni — parkan zakrywały krzaki orzechów tureckich. Cóż więcej potrzebnem było do szczęścia dwojga dzieci, które w tym ogrodzie wszystkie wolne od lekcyj godziny spędzały?

Co zachowało się z rodzinnych pamiątek i w którym mogło być pokoju?
POKÓJ ALEKSANDRA FREDRY:
- ulubiony fotel Aleksandra Fredry stojący między stołem a oknem [tu trzeba dać link do strony o fotelu]
- budzik na szafce przy łóżku [link do obrazka]
- cukiernica na stole [link do obrazka]
- komplet pięciu naczyń toaletowych (miska, dzbanek, nocnik, kubek i paterka) [link do obrazków]
POKÓJ ZOFII FREDROWEJ:
- Obraz Józefa Swobody przedstawiający Zofię z Fredrów Szeptycką z synem Romanem Szeptyckim, akwarela ?
- Rysunki:

Według relacji ojca mego w jego rozpoczętych wspomnieniach, w latach 1832 a może i późniejszych, bywała u dziadka codzienna partja wista. Za mojej jednak pamięci w tym przez p. Wasylewskiego opisanym pokoju dziadka, nikt nigdy do partii nie zasiadł; biedny mój dziadek miał już wtedy tak przez artretyzm i podagrę pokręcone palce u lewej ręki, że kart nią utrzymać nie mógłby w żaden sposób. Pasjanse kładł co wieczór, w pokoju i przy łóżku babki, ale z jej pomocą i to prawą ręką tylko mozolnie wyciągając karty z leżącej przed nim talji. I to go męczyło, bo nieraz, zanim dziesiąta wybiła, kazał się przez Szymona do siebie odprowadzać. [Maria Szembekowa, Niegdyś…, s. 71]
Jan Aleksander Fredro, Przy rodzinnym pasjansie wieczór, 1855
KREDENS:
- zastawa stołowa, kilkadziesiąt sztuk talerzy… [tu do pokazania i do opisania przez Macieja historia talerza]

POKÓJ JANA ALEKSANDRA:
1. rysunki…….
POKÓJ ANDRZEJA:
POKÓJ ADELUSI:
Na czele dalszych domowników stała droga, poczciwa panna Adela Deforel, pospolicie przez dom cały „panną Adelusią“, a przez nas „Mazdunią“ zwana. — Adela, Szwajcarka rodem, którą pan Wasylewski, w swej nieświadomości, pogardliwie mieni „niewiastą do robienia kawy” — co mnie mocno zabolało, przybyła do Polski w 19 roku życia, jako nauczycielka do ciotki Szeptyckiej, wówczas siedmio- czy ośmioletniej dziewczynki. Wnet stała się najwierniejszą, nieodstępną towarzyszką dziadostwa, tak początkowo w Beńkowej Wiszni, jak później na emigracji w Paryżu i wreszcie we Lwowie, dozgonną przyjaciółką rodziny całej, dzielącą z nią złe i dobre koleje, powiernicą starych i młodych. Przez trzy pokolenia była owa anielska istota czczona i kochana narówni z najbliższymi, a po śmierci opłakiwana przez nas wszystkich, narówni z najdroższymi. Adela, spędziwszy blisko pół wieku w kraju, nauczyła się oczywiście po polsku, rozumiała nasz język doskonale, ale nie mówiła nim poprawnie. W nieposzanowaniu i pogardzie miała wszelką deklinację, niektóre wyrazy, metodą całkiem osobistą, przekręcała, jak np. kufer na kufro a futro na futer. Czytała zato płynnie i ładnie, tak po polsku, jak po francusku. Dziad ogromnie słuchać jej lubiał, kochał ją bardzo, a różne jej przygody (doznawała ich sporo i rozmaitego rodzaju, zwłaszcza w nieudanych próbach zaprowadzenia moralności wśród żeńskiej służby) posiadały szczególny dar rozweselania go. [Maria Szeptycka, Niegdyś…, s. 68]
obok dobrze byłoby móc dołożyć podpis: List Adeli do Stanisława Szeptyckiego, napisany w Przyłbicach 7 maja 1882.

KUCHNIA:
1. ………….
Oba poniższe zdjęcia pochodza z “Niegdyś …”, Marii z Fredrów Szembekowej.

A tak o tym miejscu pisał Stanisław Wasylewski (Lwów, Wydawnictwo Polskie, Poznań 1909):
U zbiegu ulic Fredry, Romanowicza i placu Akademickiego stał ten pałacyk, w którym krył się karmazyn przez trzy dziesiątki lat prawie przed ludźmi oraz prośbami dochodzącymi z Polski całej. Tu przyjmował deputacje hołdownicze, które go błagały o nowe słowo. Stąd patrzał sceptycznie, dowódca 3-ciej kompanii gwardii narodowej, na „wiosnę ludów,” nie przerażony, gdy mu Austriacy w r. 1852 grozili szafotem za obrazę cesarza.
Tu mu ten zegar empirowy przy łóżku tykał godziny spokojnej starości. I pod markizą, pisząc Trzy po trzy, tkwił milczek w ogrodzie. Tu jeżdżąc z wnuczką, […] Marią Szembekową, interesował się nowymi budowlami i rozwojem miasta.
Nareszcie Cześnik doczekał się Rejenta. Bo powtórzyła się — jak ktoś pięknie zauważył — sceneria z Zemsty. Seweryn Goszczyński, dawny wróg Fredrowej wesołości, zamieszkał na ostatek gorzkich swych dni tułackich we Lwowie, o miedzę od siedziby Fredrów. Kilkadziesiąt kroków, w kamienicy Lewakowskiego, gdzie umarł. […]
W pół roku po śmierci Goszczyńskiego odprowadził Lwów cały zwłoki największego ze swych pisarzy na granicę miasta (15 lipca 1876), skąd zawieziono je do sklepów kościoła w Rudkach. Za trumną kroczył jeden z ostatnich Napoleończyków Lwowa, biały jak gołąb i sam legendarny, p. Pawulski [Jan Chryzostom Pawulski herbu Bończa, 1793–1877, uczestnik wojen napoleońskich i powstania styczniowego], u rogatki gródeckiej przemówił Antoni Małecki, a wkrótce potem napisano w Krakowie: „Takiego, który by jednoczył chwałę rycerską i chwałę pisarską, a łączył czasy napoleońskie z naszymi — takiego nie miała ani Warszawa, ani Poznań, ani Kraków, — takiego miał tylko Lwów jeden — Fredrę”.

Po śmierci Aleksandra Fredry, jego żona przeprowadziła się do domu Zofii i Jana Kantego Szeptyckich (córki i zięcia) w Przyłbicach. Jan Aleksander Fredro (syn), wówczas już wdowiec, odziedziczył po ojcu nie tylko majątki klucza rudeckiego, ale także Dom na Chorąszczyźnie. Ostatnimi właścicielami tej nieruchomości był jego syn Andrzej Fredro ożeniony z Felicją ze Szczepańskich. Andrzej – jedyny przedstawiciel męskiej linii Fredrów – zmarł bezdzietnie w wieku 49 lat w marcu 1898 roku. Po jego śmierci, Felicja Fredrowa w 1901 roku wyszła powtórnie za mąż za Aleksandra Skarbka. Jeje więzi z rodziną Fredrów, Szembeków i Szeptyckich bardzo osłabły. Niestety bez pytania o zdanie siostry swego pierwszego męża, Marii z Fredrów Szembekowej, ani nie informując o sowich zamiarach pozostałych wnuków Aleksnadra Fredry czyli rodziny Szeptyckich, Felicja Skarbek sprzedała całą lwowską nieruchomość ok 1905 roku. Wkrótce Dom na Chorążczyźnie został rozebrany, a dawną fredrowską posiadłość, podzieloną na mniejsze parcele, w następnych latach zabudowano kamienicami. Wytyczono przy tym przez sam środek dawnego ogrodu nową ulicę – Władysława Łozińskego (obecnie ulica Ihora Bilozira [ukr. Ігора Білозірa]). Jednynie większość rodzinnych pamiątek zgromadzonych w Domu Fredrów Felicja Skarbkowa przewiozła do Beńkowej Wiszni i z czasem przekazła wnukom komediopisarza – Marii Szembekowej i braciom Szeptyckim.
I tak przestało istnieć miejsce, które mogło stać się siedzibą Muzeum Aleksandra Fredry, gdyby losy Domu i jego mieszkańców potoczyły się inaczej.
inne pomieszczenia
BEŃKOWA WISZNIA
artykuł Barbary Lasockiej w Roczniku Lwowskim [czytaj]
PRZYŁBICE